niedziela, 1 maja 2011

Stepcia - 25 letnia rezydentka - żółw stepowy



Przybyłam do mojej pani w 1986 r. Byłam jeszcze malutkim szkrabem, swojej mamy nie pamiętam. Byłam tak malutka, że pani trzymała mnie w zgiętej dłoni. Na początku miałam towarzystwo, ale po jakimś czasie zostałam sama. Było mi bardzo smutno. Siedziałam w jakimś małym szklanym pomieszczeniu, było tam dużo kamyków, mogłam swobodnie w nich grzebać, chować się, gdy miałam ochotę. Jestem śpiochem, dużo śpię. Po jakimś czasie do mojej rodziny doszły inne istoty, były to jakieś dziwne stworzenia, miały futro. Dopiero później dowiedziałam się, że to są koty. Ale żadne z nich nie było do mnie podobne. Ech, cóż było robić. Z nudów trzeba było się z nimi zaprzyjaźnić. Okazało się, że przyjaźń była obopólna. Mogłam wciskać się w ich futro i tam przesypiać sporą część dnia. One też były śpiochami. I tak leciały lata, ja rosłam, rosłam. Czasami pani zabierała mnie na spacer, na łąki. To dopiero była uczta. Mogłam jeść do woli, różne zielone smakołyki. Bywało, że próbowałam uciec, skryć się w głęboką darń. Pani wtedy dziwnie się zachowywała, biegała i grzebała w trawie. W naszym domu też czasami trochę wychodziłam, tak dla rozprostowania kości. Wtedy szybko biegałam po wszystkich kątach, żeby jak najwięcej cieszyć się wolnością. Po kilku latach zmieniłam dom, poszłam do siostry pani. U niej jestem do dziś i jest mi bardzo dobrze. Dostałam duże mieszkanie, z inną pościelą. Nie wiem, co to było, ale było miękkie i mogłam w niej zagrzebać się cała. Znowu było mi nudno, bo nie było towarzystwa. Aż, pewnego dnia, wyglądam ze swojego mieszkania, a ... tam dwa stworzenia biegają, to chyba koty? Podobne do tych, co kiedyś znałam. Bardzo się ucieszyłam, chciałam jak najszybciej wyjść ze swojego mieszkania i się z nimi przywitać. Niestety, one się mnie bały, dziwne odgłosy wydobywały z siebie i odsuwały się ode mnie. To ja znowu do nich pędem, a one znowu czmych. Ale ja jestem uparta, moja pani wie coś na ten temat. W końcu dopięłam swego i oswoiłam koty. Teraz już się mnie nie boją. Ale nadal nie mogę zagrzebać się w ich futra, odsuwają się. Czemu? Przecież pazury mam krótkie, pani ze mną jeździ do "salonu piękności". Tam mnie oglądają, robią manicure, pedicure i poprawiają dziobek. Zawsze dostanę jeszcze zastrzyk witamin na lepsze jutro.


Tu jeden z moich towarzyszy. Bambo się nazywa. Uwielbia wyjadać moje ulubione ogórki.


To moje mieszkanie. Wczoraj z panią zarządziłyśmy porządki wiosenne i dostałam nową pościel, drewienka bukowe. Hm... jak one ładnie pachną.

kasia-d-r pisze...

Nareszcie poznałam Stepcię ;-)))

Anonimowy pisze...

Stepcia jest wspaniała,ale Bambo też nie ostatni.
Już tak mam,że moją uwagę przyciągają koty,zwłaszcza czarne koty.Kocham je choć wszystkie zwierzęta podziwiam.

Lulu pisze...

Dzięki za pochwały! Bambo jeszcze nie doczekał się wątku mu poświęconego, ale wszystko przed nami.

kociara pisze...

Muszę i ja się zastanowić nad opublikowaniem
historii moich kłaczatych,a do Bambo,mam nadzieję,zaglądnę niebawem.

Lulu pisze...

Kociara - zachęcam, zachęcam. Chętnie przyłączę się do pierwszych czytelników Twojego bloga.

Prześlij komentarz