czwartek, 23 czerwca 2011

Z życia Lulu - autobusowe czytadła

Tak się złożyło, że mieszkam blisko pętli. Tak się złożyło, że jeżdżę do pracy dzień w dzień, od wielu lat, tą samą trasą. Tak się złożyło, że codziennie wsiadam do autobusu o tej samej godzinie. Tak się złożyło, że ... z czasem w autobusie zrobił się stały zestaw czytadeł, czyli ludzi namiętnie czytających. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby Ci ludzie nie siadali na tych samych miejscach, o ile są one wolne.

Nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie ta piątka ludzi, która z czasem, zupełnie mimowolnie, nie zaczęła zbliżać się miejscami do siebie. Czyżby instynkt im podpowiadał, że w grupie czytanie jest lepsze? Bo jest większa szansa, że nie trafi się nikt obok, kto namiętnie przez całą drogę przez komórkę będzie opowiadał streszczenie swojego życia? Bądź dwie przyjaciółki z wielką pasją o swoich dzieciach  rozprawiać będą, zmuszając pozostałych pasażerów do wysłuchiwania ich opowieści, które tak naprawdę nikogo nie obchodzą, tylko męczą swoim porannym gderaniem? Co, kto, komu i dlaczego?

Grupa pięciu czytadeł zasiada w jednym miejscu, na tyle autobusu, gdzie jest rząd foteli, każdy ze swoją książką w dłoni, każdy zaczytany, każdy wysiadający na swoim przystanku, dalej nie jadą już razem, ale na drugi dzień znów niemo witają się w autobusie, tym samym, jak ludzie podążający do fabryki z osiedla robotników ... tylko pora roku za oknem się zmienia, książka w dłoni jest innego koloru, ale ludzie Ci sami ...

Przynajmniej jedne czytadło ma zestaw rezerwowy, gdy miejsce innego czytadła przez gadułę zostanie zajęte, wtedy jedynym wyjściem jest dać sobie czadu na maksa, żeby dnia źle zaczętego nie mieć ...

Ta muza daje czadu, aż nogi same niosą po schodach ku górze w kierunku Placu Zamkowego. 
Kto przy takiej muzie z ruchomych schodów by korzystał ?!

Cynthia pisze...

Uświadomiłam sobie właśnie, że wieki całe nie byłam w bibliotece...i jakoś nagle zatęskniłam za tym zapachem, podpisywaniem kart, zniecierpliwieniem, kiedy usiądę i zacznę czytać...W komunikacji miejskiej już nie czytam bo kiedyś tak strasznie się odcięłam, że wywiozło mnie kilka przystanków dalej :)))

mialkotek pisze...

:) Przeurocza opowieść. Czytanie w komunikacji miejskiej, czasami jest smutną koniecznością, kiedy spędza się w niej dwie godziny dziennie, ale to ten powód, dla którego wybieram usługi ZTM, a nie własnego rzęcha z klimatyzacją. Też dwie godziny, tylko z czytaniem słabo ;). Wiele jestem w stanie zrobić, byle tylko jechać na siedząco i móc czytać. Bez obawy, nie ścigam się ze staruszkami. Po prostu maszeruję na sam koniec peronu metra, bo wiem, że zawsze załapię się na jakąś miejscówkę. Ale moje najmilsze wspomnienie czytelnicze ze środków masowego transportu, to kolejka WKD do Grodziska Mazowieckiego. Matusiu! Jakie tytuły, jakie języki - po prostu salon na kółkach. Dla takiego towarzystwa warto się czasem wybrać nawet do Tworek :))) Miłej lektury i pozdrowienia dla współczytaczy!

Lulu pisze...

Ja wróciłam do czytania, bo zapomniałam, że w ogóle książki istnieją i co się czuje je czytając. Fakt, można pojechać na drugi koniec Warszawy.
Mialkotku, a gdzie ty masz miejsce siedzące w metrze? Chyba na stacji końcowej ;-))) Albo poza godzinami szczytu! W metrze odpada. W metrze jedzie się na śledzia. Sama nie wiem, czy wolę wersję letnią, czy zimową. Ale chyba jednak zimową. Wiecie czemu, prawda? ;-)

Anonimowy pisze...

Ja wiem :)Też to wolę. Jeżdżę metrem ale nie w godzinach szczytu,chociaż nawet jak jest ciasno/pl. Wilsona/ czytaczy więcej niż w komunikacji. Swoją drogą jesteś dobrym obserwatorem. :))Ja czytam gazety.Artykuły krótkie i jest szansa że nie przejadę.Majoki

Prześlij komentarz